niedziela, 15 maja 2016

Dorastanie jest straszne

Dawno nie pisałem gdyż mi się nie chciało i nie było o czym. A, że zostały mi dwa tygodnie do końca liceum to panika i stres wielki. Bo dużo rozkmin. 

I tak sobie rozkminiam, że dorastanie jest straszne... Bo w sumie co mi z tego przychodzi? Same zmartwienia. Teoretycznie mogę się cieszyć, że legalnie mógłbym zakupić alkohol. No szkoda, że nie piję. Nawet jeśli dostanę się na ten kierunek studiów, który bym chciał (kognitywistyka) to co dalej? 

Przecież te wszystkie marzenia, które człowiek miał w wieku kilku lat nie mają prawa się spełnić. Nie twierdzę, że miałoby być to nie wiadomo co, ale kurcze. Jednak żeby zarabiać te 3,5 - 4k na rękę to trzeba coś potrafić. A ja w sumie nic nie potrafię. Z ścisłych jestem noga, do gazety żeby pisać trzeba mieć znajomości... Ktoś normalny po prostu zająłby się czymkolwiek. Ale ja mam taki problem iż duma nie pozwala mi na pracę "pod kimś". Chciałbym być szefem dla samego siebie czy po prostu mieć dużą swobodę działania. 

Pojawił się jakiś czas temu pomysł z pubem. Ale kurde. Mimo całego wsparcia, które otrzymuje od znajomych to nie wydaje mi się by to jakoś wypaliło. W końcu ja nic nie wiem o alkoholach i tak dalej. Nawet nie wiadomo czy dostałbym pożyczkę oraz czy takie miejsce by się utrzymało na rynku dłużej niż miesiąc. I czy dochody byłby z tego takie duże, że mógłbym nie martwić się o każdy kolejny dzień? Nie wiem. Tym bardziej, że ja martwię się ciągle o wszystko i nie wiem czy kiedykolwiek przestanę. Nie umiem się wyluzować. 

Z drugiej strony mógłbym pisać. Ale pisać co i gdzie? Do CD-Action czy Gry-Online raczej mnie nie wezmą... Że niby napisać coś dłuższego i wysłać do Fabryki Słów? Jasne. Ja pisać lubię. Ale nie oznacza to iż potrafię. Po prawdzie nikt, nigdy tego nie zweryfikował. A opinia polonistki z czasów gdy chodziłem do czwartej klasy w podstawówce raczej się nie liczy... 

I pojawia się pytanie: co dalej?

Skończę studia, kurek z pieniędzmi od rodziców zostanie zakręcony, tym bardziej iż siedzenie u nich na garnuszku bardzo godzi w moje ego. Warszawa niby duże miasto... Ale to nic nie znaczy. Bo tak sobie analizuję i mi wychodzi iż: do programowania się nie nadaję bo mnie to nudzi, grafika odpada gdyż zdolności artystycznych nie posiadam i jestem niecierpliwy, grać na instrumentach nie potrafię a gdybym się nauczył to jeżdżenie w trasy koncertowe nie jest dla mnie, napisanie książki to ruletka, w końcu może być tak, że nikomu się nie spodoba. Nie potrafię odpowiedzieć sobie na pytanie, który zawód dałby mi satysfakcje i byłby na tyle przyjemny, że nie chodziłbym do pracy z głową pełną nienawiści do mojego stanowiska i myśli samobójczych. 


Ktoś normalny, cieszyłby się z mieszkania w Szwecji, po liceum pojechałby do większego miasta i zgarniał 15000 koron za byle jaką robotę. No, ale mi do normalnego raczej daleko.  
Chyba serio pozostanie mi stanie na kasie w biedrze czy macu... Wątpię bym pewnego dnia dostał super ofertę pracy dzięki której będę wiódł w miarę szczęśliwe życie. Takie rzeczy dzieją się tylko w filmach i ogólnie pojętej fantastyce. Nie ma opcji bym pewnego dnia został politykiem, pisarzem, scenarzystą czy nawet bym miał te swoją własną działalność. Nie wiem czemu jeszcze nie tak dawno wierzyłem, że to możliwe.

Człowiek niby czuje się jakiś hmmm... Specjalny. Bo jest sobą. W sensie: widzi świat z pierwszej osoby. Zapewne każdy odnosi czy odniósł takie wrażenie. Ale skoro każdy czuje się specjalnym to chyba nikt nie jest...

Nie wiem co robić i boję się tego co będzie za kilka lat. Boję się ujrzeć jak beznadziejne, szare, jałowe, puste, smutne i samotne będzie moje życie w roku 2019 czy 2020. Nie wiem co zrobiłem w poprzednim życiu, że w tym mam takie kiepskie położenie. Można rzecz, że przy tworzeniu postaci otrzymałem same wady bez zalet czy umiejętności.

Czemu miał służyć ten post? Nie wiem. Chyba niczemu. Czy miał być ładnie ułożony i czytelny? Nie. Wątpię by ktoś (jeśli ktokolwiek to czyta) zrozumiał o co mi tu chodziło. Po prostu potrzebowałem gdzieś przelać te myśli. A na "papier" najłatwiej. 


czwartek, 17 marca 2016

Recenzja książki Zombie.pl

Kilka dni temu udało mi się ukończyć książkę pod tytułem "Zombie.pl", pióra Cichowlasa Roberta oraz Radeckiego Łukasza. 

Ach wypadałoby zaznaczyć, że jestem ogromnym fanem tematyki żywych trupów więc przygotujcie się, że ciężko będzie mi podejść do tematu obiektywnie.

Dzieło to opowiada o Karolu Szymkowiaku, restauratorze, który może mieć praktycznie wszystko. Stać go na drogie alkohole, jeszcze droższe auta czy inne rzeczy o których zwykły śmiertelnik może tylko pomarzyć. Fakt faktem jego relacje z żoną i trzy letnim synem nie wyglądają ostatnio najlepiej.... Szymkowiak zdaje sobie z tego sprawę i postanawia zmienić swoje podejście. Mniej czasu poświęcać pracy a więcej rodzinie. 

Oczywiście nic nie jest takie proste. Różne rzeczy stają nam na drodze w takich momentach. Karolowi na przykład przeszkodziły tytułowe Zombie. 

Z miejsca muszę powiedzieć, że bardzo spodobał mi się fakt osadzenia miejsca akcji w Polsce. Miło jest poczytać o "spostapionym" Gdańsku czy Malborku. Albo raczej o całej Ojczyźnie spowitej apokalipsą. 

Cała fabuła toczy się szybko. Brak tu egzystencjalnej paplaniny w ogromnych ilościach (czasem się znajdzie, ale wychodzi to na plus) tak więc osoby szukające zombie w książce o zombie dostaną zombie. Nie musicie się obawiać, że będzie to telenowela gdzie truposze grają trzecie skrzypce. Postaci drugoplanowe są różnorodne i dają się polubić. W końcu komu nie przypadłaby do gustu "tancerka egzotyczna po kulturoznawstwie" :) 

O humorze wspominałem? Jest go całkiem sporo. Często nie jest wypowiedziany wprost ale wprawny czytelnik powinien wyłapać go bez problemu. Mnie osobiście bardzo rozbawiła scenka z zombiakiem posiadającym "nieregularną grzywkę". 

Ogólnie rzecz biorąc mamy tutaj solidny horror, z dawką humoru i potężną łyżką Słowiańszczyzny. Oczywiście było kilka sytuacji w których zaleciało mi lekkim "kiczem" czy opis danego miejsca/osoby niezbyt do mnie przemówił, ale to nie szkodzi. Bardzo mocno wyczekuję kolejnej części. 

Moja ocena?

8/10 

wtorek, 8 marca 2016

Recenzja filmu Deadpool

Na Deadpoola najarałem się od momentu wypuszczenia pierwszego trailera. Mimo, że nie jestem wielkim fanem komiksów to jednak ten błazen w czerwonym wdzianku wyglądał fajnie. Gra na PC była śmieszna, filmiki typu Deadpool vs Dante też... Więc czemu by nie wybrać się na film pomyślałem? 

Sama recenzja nie będzie długa by uniknąć spojlerów. Gagów było sporo to trzeba przyznać. Niektórzy twierdzą, że za dużo, ale ja tego nie odczułem. Każdy w jakiś sposób był inny tak więc nic się nie powtarzało. 

Film to historia najemnika, który przez raka musiał kombinować. No i dostał ciekawą ofertę od smutnego pana w garniturze. Dalej nie potoczyło się zbyt dobrze co jest raczej rzeczą oczywistą. 

Film jako film był raczej średniawy i oceniłbym go na hmmm 5 lub 6 na 10. Fakt faktem była to jednak historia miłosna o której mówiły niektóre Deadpoolowe reklamy. Ale jako, że Deadpool był dobrym Deadpoolem w sensie postacią jestem w stanie dać temu filmowi 10/10. 

Bo tak. Po prostu bierzcie tyłki w troki i idźcie obejrzeć ten film w kinie. Albo na cda.pl chociaż czy coś... 

niedziela, 6 marca 2016

KOLA 2016

Wrażenia po KOLI 2016... Taaaak. Ogólnie jestem zadowolony z całego wydarzenia. Lokacja, Kolegium Artes Liberales była w porządku. Umieszczenie niektórych dyskusji w "Chillout roomie" to nie był najlepszy pomysł, ludzie wchodzili i wychodzili dosyć często więc przerywano chociażby Vercy'emu gdy rozpoczynał temat pod tytułem: "Czy larp w terenie bardziej potrzebuje tojków czy rekwizytów?". Jednak ludzie, atmosfera i w ogóle wszystko inne jest na mocny plus. Jako, że zapewne prędzej czy później będę chciał spróbować zrobić larpa samemu wybiorę się na kolejną edycję, która odbędzie się bodajże w Lublinie. Przyznam jednak, że z początku spodziewałem się iż jest to impreza "ogólna" czyt. dla graczy i dla MG. A tu się okazało, że jest to stworzone z myślą o organizatorach. Bywa. Nie wczytałem się w stronkę KOLI choć i tak nie żałuję. 

Konferencja trwała 3 dni. Opiszę każdy po kolei: 

Piątek

Przybyłem na konferencję nieco zestresowany jak to zwykle bywa. Zaraz po praktykach, o dziwo bez problemu znalazłem budynek Kolegium i wszedłem do środka. Otrzymałem tam moją zieloną plakietę z imieniem i nazwiskiem po czym udałem się do głównej auli. Zająłem jedno z krzesełek i czekałem na rozpoczęcie po którym to odbyła się prelekcja Szymona "Szyny" Ulenberga pod tytułem: "Larp OldTown 2115 - Postapokalipsa w wydaniu na 550 osób". Głównie opowiadał jak to wszystko ogarnięto, co robiono, pochwalił się tym iż pojawił się tam nawet ktoś skośnooki czyli, że imprezę odwiedzili ludzie z zagranicy. Jak dla mnie było fajnie. Nie pamiętam wielu szczegółów, ale kij. O OldTown zawsze miło jest posłuchać.

Następna miała być pogadanka o larpie Anuvarak. Niestety z jakichś powodów ją ominięto. Planowałem wstać i pokręcić się bez celu po miejscówce. Przy wyjściu z sali złapał mnie mój dobry znajomy Vercy i niemal natychmiast zarzucił hasłem: "idziesz na wódę?". Mimo iż nie piję to się zgodziłem. Resztę imprezy spędziłem z ludem OldTownu wpierw w prywatnym mieszkaniu a potem w knajpie, w której to urządzono afterparty KOLI. Podyskutowałem trochę na różne tematy, pochwaliłem moimi pomysłami związanymi z OldTown i nawiązałem kilka ciekawych znajomości. Koło północy wybrałem się do domu.

Sobota

Przybyłem z samego rańca i kursowałem pomiędzy prelekcjami polsko i angielskojęzycznymi. Przysłuchiwałem się między innymi:


- Łopatologiczna budowa Larpa w wykonaniu Marka "Forvalda" Franiaka 
- Główna linia fabularna - jak nie robić larpa dla wybranych? w wykoaniu Urszuli Siejakowskiej-Krocz
- Mapy i inne sposoby przenoszenia informacji terenowej w wykonaniu Sławomira Hałata
- The Mist - not just another horror larp w wykonaniu Kamila Buchtika
- Miscast - darmowy program wspierający tworzenie larpów w wykonaniu Przemysława Preissa oraz Doroty Łukaszek
- Wirtualna baza postaci, czyli jak usprawniliśmy zarządzanie graczami w wykonaniu Maurycego Zamorskiego
- Larpy w internecie: Prezentacja strony w wykonaniu Kamilii Kołodziej 
- Seminarium nt. prawnego zabezpieczenia imprez larpowych w wykonaniu Ernesta Warycha oraz prawnika Przemka (nazwiska nie pamiętam niestety, choć to Pan Przemek nawijał większość czasu)

Wszystkie prelekcje czy seminaria były świetne. 40 minut to idealny czas jeśli chodzi o to wszystko. Nie za krótko i nie za długo. Po seminarium OldTownowym wybrałem się razem ze znajomymi (normalnie prestiż, wielu z nich to orgowie OT ;) nawet sam Prezes się pojawił!) na obiad. Miejsce w którym jedliśmy nazywało się chyba... Bar Warszawa... Osobiście uważam, że knajpa była chujowa. W sensie klopsy, które zamówiłem były pyszne, ale tycie. Pierogi z mięsem mdłe i po prostu niedobre. Do tego wszystkiego biedny Szyna czekał na hamburgera przez cały ten czas... Dopiero gdy każdy zjadł a on wciąż nie dostał żarełka obsłudze się przypomniało, że jednak bułka z kotletem już wyszła całkowicie. Na koniec chyba był też problem z rachunkami... Nie jestem pewien. Gdy każdy (prócz Szyny) się już najadł wróciliśmy na KOLĘ. Ach podczas obiadu moja plakieta została upiększona portretem przez Gyżę. Ta kobieta ma wielki talent jak dla mnie. 

Sam wziąłem udział w dyskusjach takich jak: 
- Czy larp w terenie bardziej potrzebuje tojków czy rekwizytów? moderowane przez Filipa Szwejsera 
- Czy larpy post-apo mogą być mroczne i poważne? moderowane przez Patryka Kulpoka 

Dyskusje ogólnie fajne, na luzie... Choć muszę przyznać, że moja duma została nieco urażona gdy ktoś zarzucił, że "gównażeria 18 lat nie da rady bez prysznica przez kilka dni" albo coś w ten gust. W każdym razie podobny miało wydźwięk. 

Po dyskusjach wypytałem nieco "Leśnego Dziadka" (imienia i nazwiska ani ksywy nie pamiętam, Vercy określił go takim dziadkiem, ze względu na to iż w kręgach larpowych "jest od zawsze") o larpa "Kręgi" na którego to wybiorę się gdy tylko będę miał okazję. Koncepcja horroru fantasy bardzo mi pasuje. 

Następnie razem z Filipem wybraliśmy się do knajpy konwentowej gdzie urządzone zostało
spotkanie Flying Caravans. Tradycyjnie poczęstowałem wszystkich słodyczami jakie przywiozłem ze Szwecji i tak minęła reszta wieczoru. W międzyczasie dołączyli się do nas pozostali ludzie z konferencji. Niestety przez Flyingowe piwo ominąłem prelkę mówiącą o odgrywaniu seksu na rosyjskich larpach :( 

Po przesiedzeniu kilku godzin razem ze  Tucco oraz Martą (żoną Vercy'ego) wybraliśmy się do Mołota i tak sobie dyskutowaliśmy na różne tematy przez większą część nocy. Na przykład przez dwie i pół godziny staraliśmy się pojąć fenomen słowa "kurwa". 

Niedziela

Tutaj wiele na KOLI nie pobyłem. Rano wstałem obolały i jako tako ogarnąłem. Zamówiłem dwie pizze na mój koszt aby podziękować gospodarzowi za gościnę i koło 13 zmyłem się do domu. 

Zdecydowanie muszę przyznać, że KOLA to było jedno z ciekawszych doświadczeń mojego życia. 

sobota, 5 marca 2016

Larp Vampire Valtz

Wampira lubię to przyznać muszę. Bloodlines było i jest jedną z lepszych gier w jakie grałem (oczywiście na fanowskim patchu). System RPG, a dokładniej setting również jest świetny w moim mniemaniu. Niestety mechanika nigdy mi nie podeszła, przynajmniej od strony MG. A prowadzić nikt w moim otoczeniu nie miał ochoty więc o tej części Świata Mroku zapomniałem. Do czasu. 




Jakiś czas temu moja znajoma, która jako pierwsza z kręgów larpowych zaprosiła mnie na tak zwane "piwo" czyli bardzo przyjemną partyjkę Battle Star: Galactica postanowiła również zawezwała mnie do pewnego wydarzenia na Fejsbukach pod tytułem: "LARP Vampire Waltz"

Fakt faktem była to ostatnia część larpa cyklicznego, ale postanowiłem się spróbować i tak. Tym bardziej iż termin wyznaczony został akurat na moment gdy byłem w Polsce na praktykach. (Z góry chciałbym podziękować Piotrowi Majdykowskiemu za udostępnienie fotek z zabawy)

Jako iż był to mój pierwszy larp a nie miałem możliwości skombinować porządnego stroju postanowiłem pograć wampirem z klanu Brujah. Wystarczyło, że przyszedłem w moich normalnych ciuchach i nikt się nie czepiał ;) Ze względu na dość "późne" dołączenie do zabawy MG postanowił usadowić mnie oraz kilka innych osób równie "spóźnionych" w Sabbacie. Wiele na temat fabuły niestety się nie wypowiem gdyż dość często i szybko się gubiłem. Nic dziwnego. To samo dzieje się gdy ktoś wchodzi na salę kinową pod koniec seansu. 


LARP zaczął się od dość sporego opóźnienia przez jakieś zajęcia yogi czy innego badziewia przez które aula w której w głównej mierze miała toczyć się akcja była zajęta. 

A gdy już można było normalnie wystartować wszyscy musieli przedstawić się księciu, Nosferatu, którego imienia niestety nie pomnę. Po czym ku niezadowoleniu memu i dwóch innych Brujah z Sabbatu podpisaliśmy pakt, który nakazywał nam "zachowywanie się". Czyli brak używania Dyscyplin bez zgody księcia, brak przelewu krwi itp. Czemu tak właściwie Sabbat dogadał się z Camarillą? No "dogadał się" to złe określenie, ale mniejsza. W Warszawie pojawiło się "duże zuo" więc trzeba było połączyć siły. (Ach właśnie. Przed samym larpem zostałem nieoficjalnie poinformowany przez księcia Łodzi iż stoi on po stronie Sabbatu. Przekazałem te informacje pozostałym członkom drużyny, niestety sam nie miałem okazji tego wykorzystać). 

W skrócie opiszę jak to wyglądało po czym skupie się na celu jaki wyznaczyła sobie moja postać z pewnych względów. Jakich? Cóż. Brak dokładnej znajomości fabuły z poprzednich edycji oraz granie "jakby na doczepkę". 

Z mojego punktu widzenia wyglądało to tak: Wszyscy biegali w koło wykonując rytuały i inne magiczne czarodziejstwa aby pokonać to "duże zuo". W między czasie poprzedni, samozwańczy książę Warszawy czekał na swój wyrok. W momencie gdy wyżej wymieniony Nosferatu władował w niego 11 pocisków, Otto (gdyż tak się zwał) zregenerował się. Podpisał pakt z tym "dużym zuem", które to zapewniało, że nie ma wcale strasznie złych zamiarów. (Ach wspomniałem, że Warszawa została otoczona barierą, która nie wypuszczała nikogo z obrębu miasta? Nawet śmiertelnych.). Wampiry z Camarilli starały się wyłapać kogoś kto również mógł sprzymierzyć się ze "zuym". Na koniec przy rytuale oczyszczenia, poświęceniu "nieżycia" przez mego Sabbatowego towarzysza "wielkie zuo" zostało oczyszczone. Okazało się iż na zewnątrz bariery jest po prostu Gehenna, a "zuo" to jakieś słowiańskie bóstwo, które się przebudziło. Niezbyt dobre zakończenie dla Sabbatu. W końcu to my mieliśmy być (bodajże) "Mieczem Caina" (nie jestem pewien czy tak to szło) czyli nota'bene chcieliśmy Gehenny. Niestety z tego co słyszałem każdy z Sabbatników był poniekąd zagubiony i nie wiedział za co się zabrać.

Teraz przejdę do wydarzeń bardziej skupionych w okół mojej postaci. Czyli pomijając momenty "zagubienia" miałem dwie fajne akcje. Pierwsza: gdy chciałem uwolnić Ottona gdyż zaprosiliśmy go do Sabbatu aby uniknął śmierci no i siłą rzeczy już miałem bić się na pięści z jego strażnikiem... Egzarchą? Kimś z równie wyniosłą nazwą w każdym razie. Zrobiło się zbiegowisko, książę przystawił mi pistolet do głowy a dwójka Wampirów Tzismice (nie jestem pewien czy tak to się pisze) dość mocno mnie upokorzyła sprawiając iż upuściłem trzymane w dłoni ostrze (z tego co się dowiedziałem mieli oni 5 i 6 pokolenie, ja zaś 9 więc nic dziwnego, że tak się stało). 

Drugą fajną akcją, która niejako napędzała mi postać do końca larpa była chęć "wpierdolenia" wyżej wymienionym Tzismicom. A to uderzenie z bara, a to przekonywanie (nieudane niestety) pozostały Sabbatników by pomogli mi się zemścić... Ostatecznie podpisałem pakt z tym samym Słowiańskim Bóstwem z którym zaprzyjaźnił się Otto w nadziei, że dostanę "power up'a" i będę mógł powalić choć jednego z nich. Niestety niedługo po tym jak podpisałem pakt larp został zakończony.

Post wyszedł nieskładny i chaotyczny z tego co widzę, ale to dobrze. Idealnie odwzorowuje to jak się czułem na pierwszym larpie ;) 

Może nieco ponarzekałem, ale jestem wdzięczny i Mistrzom Gry i innym graczom za całą imprezę. Na kolejnych larpach mam zamiar bardziej się postarać. 

wtorek, 19 stycznia 2016

Pora odłożyć topór!

Jako, że pomysłów na nic specjalnego nie mam gdyż rozegrałem dopiero dwie sesje w tym roku to postanowiłem zainspirować się relatywnym postem Rudiego. Ogólnie wspomina on tam ponownie o unikaniu przygody czy tym jak nawet najbardziej nieprzewidywalnych lub przewidywalnych graczy "obejść" żeby przygoda mogła żyć. Więc postanowiłem sobie ponarzekać w tym tonie po ostatniej wymianie zdań między moimi graczami na sesji Warhammera.

Nie pamiętam czy mówili poważnie, czy jednak nie. Oraz co dokładnie chcieli zrobić. Powiedzmy, że wtedy odpalił mi się tryb filozofa i rozkminiałem nad sensem naszego istnienia o raz nad tym jak dobrze zrobić napierśnik na larpa... No ogólnie potoczyło się to jakoś tak:

Le' krasnolud numero uno zdobył akt własności ziemi i znalazł kogoś kto mu to przeczytał. 
Le' krasnolud numero uno wykminił, że to może być wartościowe.
Le' krasnolud numero uno oraz le' krasnolud numero dos cieszą mordy i kombinują jak tu przerobić te 2km kwadratowe i starą chatkę nad rzeką w coś a'la podziemny klub walki. 
Le' w tym samym czasie żona postaci innego gracza umiera a duch Ellnasara opętuje dziecko, które miała w brzuchu.
Le' krasnoludom robi się co raz mokrzej w miarę jak dyskusją się pogłębia. 
Le' krasnoludy są bliskie porzucenia drogi Gladiatora i Zabójcy Trolli (le' zapomniał o hańbie?). 
Le' epidemia, wujaszek Nurgle, wkurzone elfy i Inkwizycja oraz wyłożenie im przez innych graczy czym jest "poszukiwacz przygód" odsuwają ich le'pomysł na dalszy plan.
Le' krasnoludy wracają do podkur... irytowania ludzi w miasteczku.
Le' wszyscy są happi i dostają pedeki bo le' koniec sesji.

Ogólnie koncept z tym klubem walki czy areną to dobry pomysł... Gdy postać idzie na te emeryturę itp. No ale teraz muszą się ruszać. Wiadomo jest masa możliwych rozwinięć tego pomysłu na większe przygody. Sam też lubię sobie w różnych grach pobudować, rozwijać swoje miasteczka (Banished <3) i tak dalej. No ale problem jest taki, że to jednak wciąż poszukiwacze przygód. No i żaden szanujący się Zabójca Trolli nie porzuciłby swojego fachu... Nie ma zbytnio jak. 

Tak więc znów przypominam, bo robiłem to już wcześniej. Pamiętajcie gracze, że idąc na system typu Warhammer, a nie jakiś Simsopodobny (aż mi się przypomniał koleś od "my little pet shop" na Neuroshimie...) system to nie winniście robić MG psikusa i postanawiać się osiedlić... Chyba, że postać właśnie idzie na emeryturę, ale jeżeli nie to no cóż... Nawet sam podręcznik ma jakiś rozdział czy kilka zdań poświęcony temu tematowi, który da się podsumować tak: Ruszaj dupę na przygodę. Przygodą nie jest oranie ziemi. 

poniedziałek, 11 stycznia 2016

Po krótkiej przerwie...

Tak więc jak zapewne zauważyliście (jeżeli ktoś to czyta) nie było mnie dość długo.
Pojechałem sobie na Święta do Polski i wolne zrobiłem od pisania. Wiele się w sumie nie wydarzyło. No spotkałem się z rodziną i w sumie co mnie najbardziej raduje poznałem zacną grupę ludzi powiązaną z larpem OldTown. 

Spędziłem z nimi kilka świetnych godzin czy to na pizzy czy to przy coli (ja) i piwie (reszta) albo nareszcie grając w Battle Star Galactica przy pomocy prawdziwej planszy. Zwiedziłem dzięki temu kilka ciekawych pubów czy po prostu miejsc gdzie można tanio i smacznie zjeść. No a teraz, po powrocie do mojej "ukochanej" Szwecji biorę się za krótki scenariusz do Warhammera 2ed. Będzie mhrok. I to nie byle jaki mhrok bo aż glano mhroczny. Ogólnie rzecz biorąc ferie się udały... 

Szkoda tylko, że przez poznanie tak genialnych osób wyjazd z Warszawy był tak cholernie trudny. Wszyscy są raczej starsi ode mnie i na początku mocno obawiałem się traktowania mnie z góry czy coś takiego. Na szczęście obawa ta zmalała (choć nie do końca), wiadomo. Znajomości itp między osobami, które dzieli te kilka, a czasem kilkanaście lat może być inna od znajomości między dwoma osobami w tym samym wieku. A szczerze powiedziawszy byłbym bardzo rad gdyby zrobili ze mnie "swojego". Ciężko mi to opisać. Po prostu nie lubię płytkich znajomości, że tak się wyrażę. Wolę gdy jest swojsko. Może za dużo sobie wyobrażam? W końcu przyjaciół, nawet tych bliższych wiekiem ciężko jest zdobyć. Tym bardziej gdy ma się taki charakter jak ja, prawda moi nadworni hejterzy? 

Ogólnie ciekawa sprawa z tym wszystkim... Zawsze byłem przekonany, że przyjaciela znajdziesz jedynie w dzieciństwie. I może przez to lub przez siedzenie w swojej "grocie" tzn pokoju przez kilka lat mam jakieś skrzywienie na psychice, które wywołuje te obawy mimo iż wszystko jest w porządku? 

Także ogólnie nie wiem co myśleć o tym wszystkim. No nic. Okaże się za jakiś czas.